Niepokojące choć nie zaskakujące tendencje w rozwoju demokracji

Zbyt często prezydent amerykański, który zajmował swoje stanowisko od 2001 do 2009 roku, stawiał znak równości między demokracją i liberalnym kapitalizmem, by myślący człowiek mógł oprzeć się refleksjom i podejrzeniom. Utożsamiając te dwie koncepcje, on i inni konserwatywni prezydenci z zapałem misjonarskim starali się zaszczepić je, gdzie się dało na świecie. Podczas gdy fiasko tej misji w Iraku i Afganistanie jest świadectwem, że nie wszędzie ta transplantacja może się udać i ma sens, szukanie świadectw na to, że demokracja i liberalny kapitalizm to odrębne zjawiska, wymaga nieco więcej wysiłku. Rozważanie tych kwestii nieuchronnie rodzi głębsze pytanie: czy polityczny system w Stanach Zjednoczonych, który ciągle jest traktowany, jako wzór do naśladowania, można jeszcze w ogóle nazwać demokracją?
Zaszczepienie marzenia o demokracji, czyli władzy ludu, w zachodniej mentalności powszechnie przypisuje się starożytnym Grekom. Nie można się jednak łudzić, że ten oryginalny model sprzed dwóch i pół tysiąca lat ucieleśniał ideał autentycznego udziału zwykłych ludzi w zarządzaniu państwem. Wolność publicznej wypowiedzi i głosowania w Agorze, czym cechował się ówczesny system ateński, nie była jednoznaczna z rzeczywistą władzą ustawodawczą czy wykonawczą, która ciągle spoczywała w rekach możnych i wpływowych ateńczyków. A o tym, żeby dopuścić do głosu kobiety i niewolników, śniłoby się chyba tylko najśmielszym i najbardziej postępowym pośród starożytnych.
Trudno doszukać się też idealnej demokracji w systemie ograniczonej monarchii parlamentarnej, w której absolutny monarcha dzielił władzę z parlamentem, bo zwykli ludzi nadal pozostawali wykluczeni z udziału w zarządzaniu. Mimo to, ten zrodzony w siedemnastowiecznej Wielkiej Brytanii system utorował drogę do zerwania z absolutyzmem i stworzył zaczyn dla nowożytnych systemów demokratycznych, mniej lub bardziej wiernie kopiowanych tak na Zachodzie jak i na Wschodzie. Równie niełatwo nazwać prawdziwą demokracją rezultaty zrywów ludowych, takich jak rewolucja francuska czy sowiecka. Zrodzone przez te powstania terror, bezprawie i dyktatura odbiegają daleko od idealnego modelu demokracji jako autentycznej, sprawiedliwej władzy ludu.
Wbrew pozorom, nie stworzyła też jej idealnej formy nawet niepodległość amerykańska. Wzorując się na systemie brytyjskiej monarchii parlamentarnej, Amerykanie dołożyli starań, by swoją konstytucją odciąć się od zamorskiej macierzy i zapewnić nienaruszalny status posiadania ówczesnych bogatych i wpływowych właścicieli majątków ziemskich. Zwykli ludzie, a szczególnie afrykańscy niewolnicy, nie mieli w tej grze większego znaczenia. Mimo to jednak, w powszechnemu przeświadczeniu amerykański system państwowy był i ciągle jest idealnym ucieleśnieniem wzoru demokracji. Tak przynajmniej odbierał to piszący te słowa, któremu przyszło asymilować te idee wraz z edukacją w czasie rozkwitu Zachodu. W tym okresie Ameryka przeżywała swoją „złotą erę” powojennych dekad społecznie sprawiedliwego dostatku. Okres ten zakończyło, z końcem dekady lat siedemdziesiątych, nadejście globalizacji, kiedy to środek ciężkości dobrobytu i wpływów na rząd zaczął się przechylać w stronę zamożnych, wpływowych i uprzywilejowanych.
Wzorujące się na amerykańskiej demokracji współczesne systemy zachodnie, które przeszły znaczną transformację przez ostatnie cztery dekady globalizacji, sprawiają wrażenie demokratycznych, i do pewnego stopnia takimi są. Ich obywatele mogą przez głosowanie wybierać swoich przedstawicieli i przywódców i, technicznie, wpływają na to, co dzieje się w wewnątrz granic ich państw. Praktyczny wymiar tych przywilejów zależy jednak od ich stanu posiadania, co nigdzie nie jest tak jaskrawe jak w Stanach Zjednoczonych. Wymownie ilustrują to fakty, które mówią, na przykład, że najbogatszy jeden procent amerykańskiego społeczeństwa przynosi obecnie do domu jedną czwartą narodowych zarobków, w porównaniu do jednej dziesiątej na początku globalizacji. Podczas gdy dochody miliarderów rosną, zarobki średniej klasy szczupleją, a poziom życia ich i tych na niższych szczeblach drabiny społecznej pogarsza się coraz bardziej. Siedmio i ośmiocyfrowe sumy zarabiane rocznie przez szefów korporacji zwykle korespondują z rekordowymi redukcjami zatrudnienia w ich firmach. Obscenicznie wysokie zarobki to nagrody od rad nadzorczych korporacji za zwiększenie produktywności i zysku dla udziałowców, znaczna rzesza których to zagraniczni inwestorzy.
Choć przyczynek do zaostrzenia nierówności społecznych to niemały zarzut, jeszcze bardziej destruktywnym rezultatem wpływu obcych udziałowców przedsiębiorstw jest wypaczenie demokracji. Zgodnie z pierwszą poprawką konstytucji amerykańskiej, mającą na celu ochronę czarnoskórych obywateli od bezprawia, jako osoby prawne traktuje się, poza ludźmi, również korporacje. Za sprawą tej poprawki olbrzymie firmy z obcym kapitałem cieszą się należącymi normalnie do ludzkiej domeny przywilejami, jak prawne ściganie i bycie ściganym, płacenie podatków i udział w zarządzaniu krajem.
Aczkolwiek ten ostatni przywilej nie zawiera prawa głosowania w wyborach, co jest ciągle prerogatywą obywateli z krwi i kości, dotyczy on jednak innych mechanizmów, dzięki którym wpływowi i bogaci, wewnątrz i poza granicami, kształtują ramy ustawodawcze i politykę rządową. Limit tego wpływu w Stanach Zjednoczonych do 2010 roku określała ustawa ograniczająca darowizny w celach wywierania nacisku politycznego. Od czasu, kiedy ten zapis legislacyjny zniesiono, jednostki prawne jak korporacje mogą przeznaczać na cele wywierania wpływu politycznego nieograniczone sumy. Korzyści tej pozornej fiskalnej i politycznej liberalizacji dostępne są jedynie dla bogatych, bo tylko ich stać na wydawanie znacznych sum na cele polityczne.
Dzięki tej zmianie ustawodawczej, jak też innym formalnym i nieoficjalnym furtkom, korporacje od dłuższego już czasu mają coraz większy wpływ na rząd amerykański, przez co wyrósł w Waszyngtonie cały przemysł wywierania nacisku politycznego. W ramach tego przemysłu, szanujące się znaczniejsze firmy, tudzież organizacje reprezentujące ich interesy, mają w amerykańskiej stolicy swoje biura. Dzięki temu ich prawnicy i specjaliści od polityki mają łatwy dostęp do kongresmenów i mogą do woli wpływać na nich, by popierali odpowiednie ustawy, regulacje i plany rządowe. Przykładem efektywności tych nacisków jest rozwodnienie pakietu ustaw związanych z reformą finansjery po krachu 2008 roku. Inną ilustracją jest blokada forsowanej przez Baracka Obamę reformy opieki medycznej, skutkiem czego proponowany przez prezydenta system jest o wiele mniej korzystny dla biedniejszej części społeczeństwa.
Korporacje poświęcają czas i pieniądze na te delikatne zabiegi w interesie powiększenia zysku dla swoich globalnych udziałowców, co jest w konflikcie z podstawowymi wymogami demokracji. Ta, bowiem, nie jest zjawiskiem globalnym i można o niej mówić tylko w kontekście indywidualnego, niezależnego kraju. Czy będzie to wersja demokracji w stylu zachodnim czy bardziej egzotyczne wschodnie warianty, takie jak rosyjski czy irański, może ona istnieć tylko w granicach suwerennej państwowości. Nie może być mowy o demokracji, jeśli, oprócz obywateli danego państwa, na zarządzanie nim wpływają obce siły, takie jak obcy inwestorzy. Koncept rozprzestrzenianej przez globalizację ogólnoświatowej demokracji, który insynuuje retoryka liberalnego kapitalizmu, jest iluzoryczny i pusty – i takim pozostanie dopóki nie ziści się fantazja pozbawionego granic, utopijnego raju na Ziemi.
Demokracja nie może funkcjonować normalnie, jeśli na decyzje o losie kraju wpływają ludzie, którzy nie utożsamiają się z nim i żyją poza jego granicami. A taki właśnie wypaczający demokrację wpływ ma miejsce za sprawą zagranicznych udziałowców. Dzieje się tak dlatego, że korporacje stawiają interesy swoich akcjonariuszy, włącznie z zagranicznymi, ponad dobrobyt społeczeństw, w których mają swoje korzenie i wobec których powinny pozostać lojalne. W celu zmaksymalizowania zysku redukują zatrudnienie we własnym kraju, przenoszą swoje operacje tam, gdzie siła robocza jest tańsza, i wywierają naciski na własne rządy, by przeforsować sprzyjające im ustawy, które rzadko są korzystne dla przeciętnego obywatela.
Zakończeniem tych rozważań o demokracji niech będzie przypomnienie sceny z niedawnej komedii „Dyktator”, w której bliskowschodni władca publicznie zachwala uroki despotyzmu. Humor i dydaktyka sceny leży w tym, że, wyliczając przywileje dyktatora, maluje ona karykaturę współczesnej demokracji amerykańskiej. Mówca przekonuje zgromadzonych, że dyktatura jest wtedy, kiedy bogactwo kraju należy do niewielkiego procenta jego populacji. Dyktatura panuje, gdy dyktator obniża podatki dla swoich przyjaciół i ratuje ich przed bankructwem ignorując podstawowe potrzeby reszty społeczeństwa. Dyktatura jest, gdy jedna osoba kontroluje pozornie wolne media i wykorzystuje je do zastraszania ludzi, by popierali rządowe decyzje, które nie są w ich interesie. Dyktatura jest wtedy, gdy dyktator wypełnia więzienia jedną grupą rasową, zakłada podsłuchy telefoniczne, torturuje więźniów, manipuluje wyborami i kłamie, co do przyczyn, dla których kraj idzie na wojnę. Chciałoby się jeszcze, dla kompletności karykaturalnego wizerunku Ameryki, aby scena zawierała wzmiankę, że despocie nie przeszkadza obca ingerencja w sprawy własnej ojczyzny, o ile tylko przynosi mu to korzyść.


© Robert Panasiewicz 2014